Mam na swoim koncie kilka prób sprawdzających sprawność pióra ... oczywiście podejść do nich należy z lekkim dystansem ... ;-))
Opowiadanie - Selekcjoner wizji
***
Obudził się z bólem głowy. Krew pulsowała w skroniach jak szalona. - Musiałem wczoraj zjeść coś ciężkiego, bo przecież impreza była dla mnie mocno bezalkoholowa i skończyła się wyjątkowo wcześnie. A może ja po prostu jestem jakimś cholernym błękitnokrwistym migrenowcem - pomyślał. Rozważania nad szlacheckim rodowodem muszą jednak poczekać, i nie zanosi się by czekały krótko. Dziś jest ten dzień, dzień, w którym wszystko się rozpocznie. Centrala przysłała wczoraj potwierdzenie czasu i miejsca pierwszej, na razie jeszcze kontrolnej, ale już prowadzonej w rzeczywistych warunkach, rekrutacji. Tak naprawdę to od powodzenia testu i jakości zwerbowanych umysłów będzie zależało czy utrzyma swą posadę i status w organizacji. Machina ruszyła i on, będąc ważnym, ale wciąż jedynie małym trybikiem nie może jej zatrzymać. Jakikolwiek fałszywy lub spowalniający ruch zostałby zinterpretowany jednoznacznie i ukarany najsurowiej jak tylko można to sobie wyobrazić. Szkoda byłoby stracić te wszystkie ułatwienia transportowe i przewagi życiowe, które dzięki organizacji zyskał. Błękitny garnitur z listkiem klonowym w klapie to coś, za co wielu upodliłoby się i sprzedało kilka razy z rzędu. Ideę inteligentnej segregacji popierał, choć swoista bezkompromisowość, a miejscami drastyczność kilku z przygotowywanych metod wielokrotnie dręczyła jego sumienie. Z tych trudnych i coraz bardziej męczących rozmyślań wyrwał go dźwięk alarmu, który ustawił na 6. Podniósł się na łokciach by zainicjować przykry proces opuszczania łóżka. Zmiana pozycji spotęgowała i tak już silny ból. Z wyraźnym trudem postawił stopy na miękkim sypialnianym podnóżku.
***
Golenie nigdy nie było jego silną stroną. Ta swoiście rozumiana oznaka męskości pojawiła się na szczęście stosunkowo późno, bo dopiero w szkole średniej. Na początku miałkość i bladość owłosienia sprawiała, że jedno golenie weekendowe wystarczało na świętą, jak mawiała jego babcia, niedzielę i cały nadchodzący tydzień. Wbrew powszechnej wśród ówczesnej młodej męskiej społeczności opinii, że to oznaka słabości jego Yang, nie dramatyzował ani nie wspomagał sztucznie procesu, przede wszystkim z racji głębokiego szacunku do swojego wolnego czasu. Oczywiście w miarę upływu czasu zarost robił się mocniejszy i od kilku lat, jak każdy rasowy mężczyzna, goli się codziennie, choć stara się ograniczać powierzchnię użytkową chociażby poprzez bródkę czy długie baki. Dziś, pomimo utrzymującej się awersji, robi to wyjątkowo starannie ponieważ czeka go bezpośredni kontakt z kandydatami. Każdy kandydat, oczywiście po przejściu weryfikacji środowiskowej, zanim ostatecznie zostanie włączony do programu przejdzie trzy kluczowe, bezpośrednie rozmowy kwalifikacyjne. Dwie z nich, kompetencyjna i dotycząca identyfikacji profilu osobowościowego, przypadły jemu. Czekają go zatem tygodnie ciężkiej pracy z tysiącem indywiduów, z których musi wyłuskać przynajmniej setkę wybrańców - kreatorów, którzy przesądzą o kształcie świata w najbliższych kilku dekadach. Od kilkunastu miesięcy przygotowywał się do pracy selektora, którą ma dziś rozpocząć. Setki godzin spędził na analizowaniu zachowań podsuwanych mu jednostek. Przeczytał tomy prywatnej korespondencji, przesłuchał długie godziny nagrań codziennych rozmów kandydatów, przyglądał się im podczas zwyczajnych i niezwykłych chwil w życiu. Pośrednio wpływał na rodzenie się w nich nowych zainteresowań, a niekiedy wręcz fascynacji, które w konsekwencji mają doprowadzić do świadomego wyboru modelu życia po tej właściwej stronie.
***
Śniadanie zwykł przygotowywać sobie sam, i to bez względu na to czy akurat mieszkał z nią, czy sam. Starał się by zawsze było to coś lekkiego. Najchętniej kanapka z dżemem i jakaś owocowa herbatka. Zagryzając pyszną bułeczkę z marmoladą przeglądał ostatnie informacje na temat kandydatów przesłane przez centralę wczoraj wieczorem. Jak każdy, no prawie każdy, mężczyzna szczególnie wnikliwie przyglądał się kobietom. Miał już swoje faworytki i z dość dużą niepewnością oczekiwał konfrontacji jego wyobrażeń z rzeczywistością. Do osobnej teczki włożył dossier solistki mało znanego zespołu muzycznego, prawniczki z dużym bagażem złych doświadczeń życiowych oraz uroczej bizneswoman samotnie wychowującej trzyletniego synka. Każda z nich miała w sobie, w oczach to coś, co sprawiało, że wybrałby ją niemal bez zastanowienia. Niestety, a może właśnie stety, waga sprawy i obowiązujące procedury wykluczały taką możliwość. Weryfikacja finalna będzie odbywała się dwutorowo, a ponadto rozmowy kwalifikacyjne będą kontrolowane w trybie rzeczywistym. Tego ostatniego się nie bał. Wiedział, że poradzi sobie w nawet najmniej oczekiwanych sytuacjach. Przeszedł tysiące testów i w każdym wypadł doskonale. Paradoksalnie bał się konsekwencji ewentualnie zbyt dobrej współpracy z już zwerbowanymi. Postanowił, że tak długo jak to się tylko uda będzie skrywał swą słabość do płci pięknej pod płaszczem służbowego formalizmu graniczącego wręcz ze sztywnością. Wszak najważniejsza jest misja. Skończył jeść. Była 7.33. Do pierwszej rozmowy pozostało mu jeszcze 87 minut. Postanowił przejrzeć pocztę, może w jakimś e-mailu znajdzie tzw. gorącą informację z ostatniej chwili, która zadecyduje o kierunku i sposobie prowadzenia rozmowy. Na szczęście nic takiego nie znalazł. Olimpijski spokój wykazywała również jego komórka. Wydawało się, że koło historii zacznie toczyć się w nowym kierunku bez większych przeszkód. 8.07. zamknął drzwi mieszkania i szybkim krokiem wyszedł z klatki swego bloku, nieświadom, że w skrzynce pocztowej leży list, na który czeka od piętnastu lat.
***
Przekręcił kluczyk w swojej wysłużone "foczce". Silnik zamruczał miarowo dając do zrozumienia, że jest gotowy do jazdy. Pomimo upływu lat i wielu sugestii nie mógł się przemóc by zmienić auto na jakieś topowe: wodorowe lub inne elektryczne cudo w którym od nadmiaru elektroniki boli głowa. Mikrokomputerów i tak miał całkiem sporo na co dzień z racji zawodu i zamiłowań. Kiedy trzy lata temu zaproponowano mu udział w innowacyjnym projekcie dotyczącym rewolucyjnego podejścia do informatyzacji kraju, nawet w najśmielszych wizjach sennych nie podejrzewał, że podąży to w takim kierunku. Początkowo wszystko wyglądało aż za bardzo normalnie: konferencje, wizyty studyjne, dyskusje zespołów roboczych, kolejne specyfikacje i analizy dokumentacji technicznej. Co jakiś czas integracja na Mazurach lub w ośrodku samorządu małopolskiego w Zakopanem. I właśnie podczas jednej z takich integracji organizatorzy zaproponowali uczestnikom udział w pewnej wirtualnej grze nowej generacji, której myślą przewodnią było wspólne ratowanie "jakiejś" społeczności wielonarodowej przed regresją, powolnym zatracaniem wartości i staczaniem się w niebyt gospodarek zapomnianych. Zadanie było na tyle intrygujące i niesamowicie realne, że nikt nie chciał przestać grać. Precyzja odwzorowania rzeczywistości i towarzyszące całości uczucie tworzenia historii sprawiały, że grający stawał się scenarzystą życia i reżyserem losu w jednym. Zaskakujący finał zabawy, jak się później okazało, był tylko kolejnym elementem w procesie selekcji zespołu inicjującego. To były bardzo przyjemne chwile. Większość wspomnień towarzyskich łączy się z nią, choć z uwagi na tempo prac projektu, nie dane im było spędzić zbyt wiele czasu razem. Może przyszłość „po" okaże się łaskawsza. Była 8.36 jak zaparkował przed biblioteką naukowo-akademicką jednego z bardziej znanych stowarzyszeń inteligenckich w kraju. To tutaj odbędą się dzisiejsze rozmowy. Zdawało się, że poranny ból głowy minął na dobre, jednak skoro miał jeszcze dobry kwadrans postanowił rzucić okiem na ubraną w jesienne szaty, królową polskich rzek i zaczerpnąć swoiście rześkiego listopadowego powietrza.
***
Przez ostatnie lata miejskie nadbrzeże zmieniało się kilkukrotnie. Żywiołowy i radosny proces kreacji dla samej kreacji zapoczątkowany kilkanaście lat temu sprawił, że aktualnie ciężko jest znaleźć choć skrawek atmosfery parku, który pamiętał z dzieciństwa. Pasaż hotelowy biegnący od kościoła farnego zdominowała pseudonowoczesna architektura połączona z marną stylizacją gotyku. Swego czasu głośne na całą Unię były protesty rdzennych mieszkańców części miasta blokujących budowę wielopoziomowych w górę i w dół potworków, które poprzez usunięcie kolejnych warstw ziemi utworzyły w skarpie betonowe tarasy widokowe dla ukrytych w głębi apartamentów. Otwarty obszar spacerowy na tym odcinku został ograniczony do szerokiej na metr ścieżki przyklejonej do głównego tarasu restauracyjnego kompleksu rozrywkowo-hotelowego. Idąc dalej, minął przebudowywany właśnie hotel w kształcie łódki, architekt rejonu pozwolił na dobudowanie masztów imitujących żagle. Zatrzymał się przy budowli wszechczasów - amfiteatrze. Ciągłe problemy z innowacyjną kopułą zmusiły inwestorów i wykonawców do zmiany koncepcji wykorzystania obiektu. Zamiast zapowiadanych przez dekadę koncertów megagwiazd, w amfibublu jak mawia się na mieście, spotykają się studenci kierunków technicznych i uczą się w tym wielkim laboratorium jakich błędów w procesie konstrukcyjno -budowlanym nie wolno popełniać. Z zamyślenia nad ważnymi w gruncie rzeczy kwestiami miejskich inwestycji, wyrwał go dzwoniący w kieszeni marynarki wysłużony telefon komórkowy - nie był w stanie przekonać się do wszczepienia implantu telekomunikacyjnego. Odebrał rozmowę.
***
Wszedł do wyznaczonego i przygotowanego wcześniej pokoju. Tutaj nastąpi pierwszy, jeszcze mocno wstępny, ale już świadomy kontakt kandydatów z organizacją. Poznają ogólne założenia i charakter swej ewentualnej docelowej aktywności, oczywiście trochę innej od tej, którą sobie na daną chwilę wyobrażają. Szef biblioteki, jego dobry znajomy z czasów gdy jeszcze jako gorące młode głowy chcieli robić rewolucję światopoglądową w szacownym gronie lokalnych naukowców, a obecnie oddany zwolennik wielkiej idei zmian i regionalny administrator Ruchu, zdawał szybką relację z nowo zainstalowanego wyposażenia, które ma mu pomóc w wprowadzeniu testów i jednocześnie ułatwiać weryfikowanie jego zachowań przez zwierzchników. Był zadowolony z wykonanych prac. Kruk starał mu się objaśnić wszystko co wiedział o sprzęcie, zarówno te oficjalne jak i mniej znane funkcjonalności. W szybkich słowach przekazywał wskazówki, które mogą okazać się przydatne w wykonaniu zadania. Do wejścia pierwszego kandydata zostały 3 minuty. Usiadł za wielkim barokowym biurkiem. Ostatni rzut oka na ostrość i czytelność projekcji, dopasowanie i czułość manipulatora, a także pobieżna analiza wskaźnika wykrytych i zablokowanych prób nieautoryzowanego dostępu do systemu. Wszystko w normie. Powinien być spokojny. Nie był. Dziwna mieszanka myśli zaczęła atakować jego umysł. Drgnęła klamka w drzwiach. Odetchnął z ulgą - działanie zagłuszy zakłócenia świadomości. W pokoju pojawiła się pierwsza z jego faworytek. Gdy ich oczy spotkały się, zrozumiał, że intuicja po raz kolejny miała rację.
***
To był bardzo długi dzień. Wrodzone zdolności organizacyjne i swoista umiejętność prześwietlania ludzi pozwoliły mu na zweryfikowanie siedmiu osób. Każda z nich w jakimś stopniu nadawała się do tej misji, ale niestety, również w każdej znalazł wady. Oczywiście dysfunkcja dysfunkcji nierówna, dlatego postanowił że trzem „męczenniczkom” da szansę przejścia do kolejnego, ostatniego już etapu selekcji. Zdjął okulary i patrząc w nieokreśloną dal pozwolił oczom odpocząć. Wytypowane przez niego faworytki nie zawiodły jego oczekiwań. Wręcz przeciwnie, zaskoczyły pozytywnie swoim zaangażowaniem i żarliwymi deklaracjami oddania sprawie, nie wspominając już o niewątpliwej atrakcyjności wizualno-zapachowej. Zastanawiał się tylko, czy centrala zaakceptuje jego sfeminizowany na wskroś zespół. Szybko zdecydował, że tym będzie się martwił, jak pojawią się wymuszające konkretne zamartwianie okoliczności. Natenczas musi się szybko zregenerować bo jutro kolejna tura rozmów. Uśpił aplikację wspomagającą, pożegnał portiera i opuścił budynek Stowarzyszenia. Postanowił zajrzeć na chwilę do mieszkających nieopodal rodziców, którzy od kilku lat odpoczywali na zasłużonej emeryturze. Od kilku lat nieskutecznie przekonywał ich do wyprowadzki, ale nie chcieli dopuścić do siebie myśli, że za krótką chwilę świat zmieni się dość drastycznie. Tłumaczyli mu, że w ich wieku nie warto już się zmieniać, a tym bardziej emigrować w obce otoczenie, które nie zawsze zrozumie XX-wieczne przyzwyczajenia mieszkańców Europy Wschodniej. Może i mają rację?! Jednak gdy sytuacja polityczno-społeczna się skomplikuje wtedy na szybko zaaranżuje jakiś mały spektakl i przerzuci ich do strefy wolnej od działań misyjnych. Czuł przez skórę, że rozstrzygnięcie zbliża się wielkimi krokami.
C.D.M.N.
(ciąg dalszy może nastąpi ;-)
... poniżej tekst z lipca 2006 r.:
... z oka przymrużeniem ... w pętli dziejów zagubiony ...
Czas beztroskiej laby wakacyjnej susami wielkimi ku nam bieży. Dzieciska promocyjami swymi na potęgę się chwaliły, ale pewnikiem nie jeden pasy czerwone na rzyci jako pamiątkę rodziciela ręki mieć będzie, bo fratera gniew akurat nadszedł gdy na oceny potomka swego spoglądał. Dzieciska kanikułą się radują, a rodziciele kulasy załamują co z tym wolnym czasem poczną i jak mają swych pociech pilnować coby na złą ścieżkę nie zeszły. Zostawmy ich w tem zamyśleniu i na nasz dziedziniec wróćmy bo i jest do czego.
Nie od dziś wiadomo, że roczek elekcyjny nastał to i w mieście naszem czas najbliższy ciekawy nad wyraz się szykuje i dłużyć zbytnio się nie powinien. Każden jeden pismak lokalny na wyścigi chodzi i w zgadulę się bawi, kogóż to płoccy mieszczanie na swego Kasztelana wybiorą. Oj widzi mi się, że walka zajadła będzie i nie raz rywalom na udeptanej ziemi przyjdzie stanąć. Jedna znajoma wiedźma z czarnych fusów wywróżyła, że elekcyję wygra ... ten co wygrać powinien ... ot i tyle na razie ...
Płoccy szanowni panowie rajcowie i panie rajcynie, a jakże, również na odpoczynek się szykują, ale zanim nań się udali uroczy gest jedności swej pokazali, gdy piersi swoje nadstawili niczym mur w obronie innych piersi choć koloru troszkę innego. W ten sposób dowód niezbity nam przedstawili, że pomiędzy swarami różniastymi potrafią w danej sprawie siły połączyć, o kilku grzybkach trujących, czyli rodzynkach wyrodnych nie będziem wspominać. Żal w sercu, że tak rzadko ...
Takoż i o innym wydarzeniu światowym nie wspomnieć się nie godzi. Trwa za rzeką Odrą u sąsiada Germana impreza wielka w grze piłką walonką zwaną. Rodacy nasi także na niej byli, nawet na komnaty piękne i wystawne ich powpuszczano, ale oni zwiedzaniem zajęci i buzi rozdziawianiem, komendy boje rozpoczynającej nie słyszeli i sromotnie wszelkie awanse zaprzepaścili. Możem zali jeno zanucić: „... zaiści za czas jakiś ustalony, będziem czempionami nad czempiony ...”.
Na koniec listu mego o iskierce nadziei słów kilka, w naszym grodzie Hermana i Krzywoustego coś dobrego w piłce walonce się wydarzyło. Otóż kolejny raz wiślaccy trampkarze w turnieju króla europejskiego „uefem” – z elfem nie mylić - nie wiedzieć czemu zwanym, mają okazyję wielką wystąpić. Nadzieję wielgaśną mamy by jak to ongiś bywało tragedyją się nie skończył ... bo już miłośnicy drużyny o klątwie straszliwej rozpowiadają, która nad Płockiem i piłkarzami zawisła. Czar należy rychło przełamać inaczej kibice w zapalczywości swojej gotowi własnoręcznie boisko zaorać i w najlepszym wypadku czarne wyścigi na ryczących mechanicznych rumakach organizować ... bywajcie moli mili ...
jako mieszczanin płocki
|